Niemal w całości sprawdził się czarny scenariusz, który mogliśmy zakładać na długo przed otwarciem letniego okienka transferowego. Nasza liga straciła swoje gwiazdy praktycznie na każdej pozycji!


Zacznijmy więc po kolei, od bramki. Na transfer Jana Muchy zanosiło się od dłuższego czasu. Sam zawodnik nie ukrywał, że chciałby dalej się rozwijać i spróbować sił w silniejszej lidze. W przeciągu zaledwie dwóch sezonów zaskarbił sobie sympatię kibiców Legii Warszawa, ale też był bacznie monitorowany przez kilku skautów z Europy. Klubowa strona stołecznego klubu już w styczniu bieżącego roku informowała o tym, że Mucha nie podpisał wygasającej umowy i tym samym związał się z innym zespołem. Sam zainteresowany starał się ukrywać wszystko w głębokiej tajemnicy. Nie chciał zdradzać nazwy nowego pracodawcy tłumacząc się porozumieniem między dwoma klubami. Zaczęły się więc wielkie spekulacje polskich i... angielskich mediów. Co ciekawe nie trudno było w tym przypadku wskazać konkretną drużynę, Everton. Trzy dni później przypuszczenia mediów potwierdziła po raz kolejny oficjalna witryna Legii. Jan Mucha dograł do końca sezonu w warszawskim zespole i w godny sposób pożegnał się z sympatykami „Wojskowych”. W takich okolicznościach straciliśmy najlepszego bramkarza ekstraklasy.

Ale liga straciła nie tylko gwiazdę między słupkami, straciła również bez wątpienia najzdolniejszego defensora, Marcelo. Gdy dwa lata temu przychodził do Wisły Kraków dla laików, ale chyba i ekspertów był wielką transferową zagadką. Brazylijczyk w przeszłości występował w wielkim Santosie, którego był także wychowankiem. W tamtejszej lidze rozegrał ponad 40. spotkań strzelając dwa gole. Pytanie powstaje zatem dlaczego żaden inny europejski potentat nie zamierzał ściągnąć go do siebie!? „Biała Gwiazda” co najważniejsze nie wydała ani grosza za Marcelo, który przeszedł na zasadzie wolnego transferu. Pukali się w czoło Ci wszyscy niedowiarkowie, którzy nie sądzili że przy mówiąc kolokwialnie „przetrzepanym” rynku brazylijskim, to Wisła będzie pierwsza w wyścigu o młodego, zdolnego piłkarza. A jednak się udało. Marcelo w ekspresowym tempie zdobył razem z Wisłą mistrzostwo Polski i postawą na boisku zwrócił uwagę kilku zachodnich klubów. Mówiło się, że już po debiutanckim sezonie odejdzie, ale tylko na medialnych przypuszczeniach się skończyło. W swoim drugim sezonie rosły, silny fizycznie obrońca – stał się prawdziwym liderem defensywy krakowskiej Wisły. Wczoraj dowiedzieliśmy się, że Brazylijczyk uzgodnił wszystkie szczegóły kontraktu z PSV Eindhoven i tylko testy medyczne dzielą go od złożenia podpisu pod umową z holenderskim zespołem.

Jeszcze większych zawirowań dostarczyło nam rzekome odejście Sławomira Peszko z Lecha Poznań. W połowie kwietnia w wywiadzie dla naszego serwisu „Peszkin” po raz pierwszy otwarcie przyznał, że chciałby przenieść się do mocniejszej ligi, ale jednocześnie zaznaczył, że nowy pracodawca musiałby walczyć o najwyższe cele. Tym samym niejako z naszej przyczyny rozpętała się prawdziwa burza wokół pomocnika „Kolejorza”. Im bliżej było końca sezonu tym więcej pojawiało się niejasności wokół jego przyszłości. Co rusz sam zawodnik dementował plotki, ale nie mógł dochować w tajemnicy o zainteresowaniu ze strony niemieckiego VfL Wolfsburg. Mistrz Bundesligi sprzed dwóch lat nawet złożył „Peszkinowi” stosowną propozycję, ale skrzydłowy Lecha długo zwlekał z odpowiedzią. W obowiązującym kontrakcie z Lechem, Peszko miał zapisaną dosyć niewielką kwotę odstępnego, 500 tysięcy euro, która dla innych klubów z Zachodu nie stanowiła większego problemu. Później pojawiła się oferta z greckiego Panathinaikosu Ateny. Sławomir Peszko nawet pojechał do stolicy Grecji, ale rozmowy między dwiema stronami zakończyły się fiaskiem. Nasz reprezentacyjny pomocnik wrócił do Poznania i niezwłocznie podpisał umowę, która wciąż czekała na biurku prezesa. W taki sposób na szczęście udało się zatrzymać jedną z czterech gwiazd naszej ligi.

Najgłośniej jednak wróbelki ćwierkały wokół transferu supergwiazdy ekstraklasy, Roberta Lewandowskiego. „Lewy” w iście szybkim tempie stał się prawdziwą ikoną całej ligi. Działacze Lecha mieli nosa ściągając go do siebie z niewielkiego Pruszkowa. 21-letni napastnik już w debiutanckim sezonie w ekstraklasie, czternaście razy wpisywał się na listę strzelców i o mały włos, a zostałby królem strzelców ówczesnych rozgrywek. Był prawdziwym liderem zespołu, gdy poznaniacy odnosili wielkie sukcesy wspinając się po kolejnych drabinkach w Pucharze UEFA. Rozwój Lewandowskiego nastąpił w bardzo szybkim tempie i to na pewno też zasługa Andrzeja Juskowiaka, pod którego skrzydłami – „Lewy” nabierał piłkarskich szlifów. Przełomowym w karierze nie był jednak debiutancki sezon w ekstraklasie, a kolejny, w którym Robert Lewandowski sięgnął z Lechem po mistrzostwo i Superpuchar, a sam zdobył koronę króla strzelców i uznanie w oczach wszystkich mediów, gdzie w podsumowaniach został uznany za najlepszego zawodnika ligi. Przesądzona była także jego najbliższa przyszłość. Praktycznie cztery kluby biły się o 21-latka. Na początku mówiło się o propozycjach ze strony takich klubów jak: Birmingham, Borussia, czy Genoa. Na samym końcu do walki włączyło się też tureckie Fenerbahce, które podobno przebiło wszystkie oferty wymienionego tercetu. Decyzję „Lewego” poznaliśmy 11. czerwca. Wybór padł na niemiecką Borussię Dortmund i tym samym transfer okazał się najdroższy w historii polskiej ligi. Nieoficjalnie mówi się, że „Kolejorz” otrzymał aż 5. milionów euro za swojego najlepszego piłkarza.
Jacek CzaplewskiŹródło: własne